sobota, 20 lutego 2016

Po dwóch latach...

Jutro dwa lata minie od kiedy nie ma mojego Grina.

Nie ma dnia, żebym nie wspominała jakim był niezwykły psem, jak doskonale tym swoim psim instynktem wiedział, jak i co dzieje się ze mną, był przy mnie zawsze, siedział obok, nigdy mnie nie opuszczał.

Aż po 14 latach musiał odejść. Długo walczył, ostatniego dnia patrzył na mnie jak by przepraszał, że już nie daje rady. 

A mnie nadal go brak, nie mam innego psa, chociaż wiele razy przez te dwa lata byłam o krok od przygarnięcia schroniskowego sznaucera. Każdy kolejny psi pysk na tych smutnych adopcyjnych zdjęciach przypominał mi, co to znaczy psia wierność, psie przywiązanie i bardzo chciałam mieć to znowu.

Jednak wielka obawa, że kolejny pies nie dorówna Grinowi, że mogę nawet nie umieć zaakceptować innego psa powstrzymywała mnie, by nie skrzywdzić żadnego z tych i tak okrutnie doświadczanych zwierząt.

Nie mam psa i nigdy już mieć nie będę.

Towarzyszy mi już wyłącznie ta brązowa figurka sznaucera olbrzyma i tak już pozostanie.



 

sobota, 21 lutego 2015

Rok temu....

Rok temu odszedł mój pies Grin, bardzo ważna część mojego życia, mój wielki przyjaciel, istota której poświęcałam myśli i czas, nadal mi go brak, nigdy o nim nie zapomnę...

Był cudownym psem, od szczeniaka po starość, cudownym towarzyszem, próbuję pamiętać jego najlepsze dni...









piątek, 21 lutego 2014

Bardzo trudne rozstanie



2000-2014

Luty to miesiąc moich strat, rozstań, pożegnań.

W lutym zmarła moja Mama, odeszła Milva, to miesiąc złych wiadomości.

Dzisiejsze rozstanie z Grinem nadal do mnie nie dociera. Wiem, że go nie ma, tylko dlaczego jest.

Niemal słyszę jego ciężki oddech, stukanie pazurów o podłogę, kiedy jeszcze po raz ostatni próbuje wstać, jego ciepłe futro mam wciąż na swoich rękach, tylko pod tym futrem cisza, nie ma tego rytmu życia, tylko oczy nadal otwarte... śpi z otwartymi oczami, ale wspaniale spokojnie, nie szarpie się z brakiem oddechu, nie zmaga się z bezwładnymi łapami, nie rzęzi... jaki spokój...

Będzie zawsze ze mną.



czwartek, 13 lutego 2014

Grin wiecznie żywy

Miał tu być jeszcze jeden tylko wpis, ale chyba wtedy musiałam mieć bardzo zły dzień. 

Nic bowiem nie wskazuje na to, bym w najbliższym czasie miała stawić czoła jakiejś zmianie tutaj. Grin, tak jak mi kiedyś obiecał, ma zamiar żyć 20 lat. Po ostatnim kryzysie, kiedy było naprawdę źle, znowu odżył, niegojące się rany niemal zabliźnione, a pies z nową wiosenną energią znowu wędruje na dalekie spacery.

No nie od razy nad Wisłę, ale jednak nie jest to dreptanie pod drzewko, tylko całkiem dokładne penetrowanie okolic wokół domu.


Zmordowany po spacerze kudłaty Grysio odpoczywa.

Założyłam mu kolejny folder na zdjęcia, tym razem na rok 2014 i wygląda na to, że będzie w nim jeszcze mnóstwo zdjęć.

niedziela, 5 stycznia 2014

Coraz trudniej...

Każdy dzień przynosi kolejne ograniczenie. Z dawnych porannych spacerów wokół domu, teraz zostało już jedynie  kilka kroków wokół drzewka, a i to z wielkim trudem. Są dni kiedy Grin nie jest w stanie się podnieść, muszę podtrzymywać go na szaliku, inaczej łapki uginają się pod własnym ciężarem psa. 

Jakoś jednak codziennie udaje się nam wyjść, tak by czynności życiowe mogły mieć miejsce.Nadal też pełna  miska cieszy, a jedzonko znika w niezłym tempie.

Nie zmienia to postaci rzeczy, że codziennie, także pod wpływem uwag napotkanych ludzi, zastanawiam się, czy nie ciągnę tego zbyt długo, czy nie powinnam pomóc mojemu psu...

Tylko taka decyzja mnie przerasta. Gdyby było ewidentne, że ból i cierpienie psa nie ulega wątpliwości, wtedy zapewne byłabym gotowa, ale teraz, kiedy tylko narasta niedołężność zwierzęcia, przy jednoczesnej jakże silnej woli życia, nie jestem w stanie zrobić nic. 

14 lat psiego życia, stałej obecności, niesamowitego przywiązania, jakże mi teraz trudno, bo czy coś zrobię, czy nadal trwam w oczekiwaniu na naturalny bieg rzeczy, nie potrafię odzyskać spokoju i dawnej radości z tej naszej psiej relacji.

To przedostatni wpis w opowieściach o moich sznaucerach. Będzie już tylko jeszcze jeden, ten ostateczny i przyznam szczerze, że marzę bym mogła napisać to jak najszybciej. Tak ciężko jest patrzeć na te zmagania...

piątek, 27 grudnia 2013

Psie wakacje

Na przekór rzeczywistości będzie wesoło. 

Na przekór rzeczywistości, w której czarne futro Grina jest coraz bardziej nieruchome, chociaż jeszcze sporo w nim życia, wielka chęć życia, którą zapewne wkrótce z czysto humanitarnych powodów będę musiała poddać ostatecznej próbie. 

To będzie próba bardziej ostateczna dla mnie, niż dla niego, nie wiem jak uniosę ten ciężar....

No ale miało być wesoło, bo chcę powspominać wakacyjne wyjazdy Grina. 

Beze mnie, jego własne wakacje. Pomimo moich starań by nie zostawiać psa samego, czasem praca, a czasem jednak chęć wyprawy w świat bez utrudnienia, jakim jest psi towarzysz, zmuszały mnie do znalezienia rozwiązania tak, by i pies był syty i owca cała.

Szukałam zatem psiego hotelu, gdzie pies miałby dach nad głową i miskę, ale też troskę i zrozumienie dla psich potrzeb, dorównującą, albo jeszcze lepiej przewyższającą moje w tym zakresie wymagania.
Na szczęście to były już końcowe lata pierwszego dziesięciolecia XXI wieku i zaczynaliśmy dorównywać powolutku europejskim wymaganiom w zakresie - przynajmniej komercyjnej - opieki nad zwierzętami.Znalazłam kilka ciekawych możliwości, gdzie Grin mógłby spędzić kilka dni, ale dopiero ukryte miejsce w Kampinosie zdawało się być prawdziwym psim rajem.

Pierwszy raz zawiozłam tam Grina na weekend, tak naprawdę nie mając wyjścia. Syn za granicą, a ja odpowiedzialna za wielkie oficjalne wydarzenie w Spale, nie mogłam zabrać psa ze sobą.

Miejsce wyglądało w rzeczywistości nawet lepiej niż na zdjęciach, a że nazywało się PSILADEK, to powiem nomen omen.

Zanim jeszcze dojechałam do Spały, na moją komórkę dostałam pierwsze zdjęcie


Grin na leżaczku ogryza kość, bo przekazałam Pani Właścicielce informacje, że pies uwielbia cielęce kości.

Potem było tylko lepiej. Grin w swoim hotelowym apartamencie

W kąpieli



W pogoni za piłką


Wszystkie zdjęcia są autorstwa właścicielki. Jak widać stworzyła tam psom idealne warunki, bo poza indywidualną opieką nad każdym psem z osobna, zadbała, by psy miały sporo towarzyskich zabaw z innymi akurat przebywającymi tam kolegami i koleżankami.

Grin wracał do Psilądka, a ja jadąc np do Portugalii miałam czyste sumienie, że nie tylko ja mam super wakacje.



czwartek, 19 grudnia 2013

I co dalej...

Od 2007 roku Grin mieszka w Warszawie powoli przyzwyczajając się do nowego starego miejsca. Pomagały w tym nasze kolejne wyprawy, tyle że dla odmiany były to rekonesanse warszawskie. Trochę na smyczy, trochę gdzie się dało na swobodzie, przemierzaliśmy kilometry stołecznych ulic i uliczek, w miarę możliwości wyszukując psie atrakcje.

Zwykle pustawy Park Traugutta w drodze nad Wisłę był pierwszym miejscem, gdzie pies mógł rozstać się ze smyczą, pod warunkiem jednak, że wykazałam się dostatecznym refleksem i w porę zdążyłam uwięzić psa, zanim doszło do spotkania z innym czworonogiem. Sam widok wielkiej czarnej bestii zbliżającej się do innego psa wywoływał zwykle histerię właściciela, pomimo moich zapewnień o niezwykłej łagodności Grina. Niestety, właściciele psów w naszym kraju zbyt rzadko mają dostateczną wiedzę o postępowaniu ze szczeniakiem i o niezwykle ważnej roli, jaką w późniejszym życiu psa odgrywa jego socjalizacja.


Do ulubionych miejsc Grina należały warszawskie fontanny, w których - łamiąc przepisy - Grin znajdował namiastkę wodnych szaleństw w oceanie, takich jak wzdłuż walijskich wybrzeży. Oczywiście nie w Saskim Ogrodzie, który też często był na naszej trasie, ale w bardziej ukrytych miejscach czasem pozwalałam psu na to przestępstwo. Dlatego Mariensztat był zawsze na naszej trasie, gdzie po pierwsze był malowniczy pub, a po drugie właśnie taka nieco schowana fontanna.



W pubie był popas po długiej wędrówce wzdłuż Wisły, jak zwykle piwo dla mnie, woda dla psa. Podobnie jak w Anglii, nigdy nie było problemu ze znalezieniem miski dla psa, nawet jeśli była to po prostu duża popielniczka.

A Wisła chociaż niesłychanie brudna, też stawała się czasem miejscem kąpieli.



Rzeka chociaż malownicza, niestety była często źródłem problemów - pokaleczone szkłem łapy, sierść w oleju nieznanego pochodzenia, o zapachu nie wspominając. Po powrocie do domu czekała nas kąpiel w szamponie, opatrywanie ran, ale za to te kilka godzin wędrówek były wspaniałą odskocznią od nudnych spacerów w okolicy domu.

Czasem Grin pozował do pamiątkowych zdjęć w ciekawych miejscach.




A zimą, kiedy długie wędrówki nie były możliwe wystarczyło podjechać na Podzamcze.




Te zimowe zdjęcia to Boże Narodzenie 2010. W śniegu i mrozie.

A Grin, jak zawsze, był moim gwiazdkowym prezentem.


Tylko spacery stawały się coraz krótsze, a wizyty u weta coraz częstsze. 11-ty rok życia Grina, wiek rzadko osiągany przez psy tej wielkości, oznaczał coraz większe trudności w poruszaniu, zanik mięśni, tylko chęć do życia pozostawała ta sama.

Nie kończę jeszcze mojej psiej sagi, jeszcze została opowieść o psich wakacjach w Psim Lądku, jeszcze nadal wielka czarna bestia siedzi obok mnie...